Wspomnień wysłuchał autor niniejszej publikacji Andrzej Krywalewicz.
W pierwszych miesiącach po wojnie życie i śmierć w Rurce miały w sobie coś prowizorycznego. Pierwszych zmarłych chowaliśmy tak, jak pozwalała bieda – bez trumien, owiniętych w pościel, dywan czy chodnik. Posługę sprawował wtedy jeszcze niemiecki ksiądz, prawdopodobnie przyjeżdżający z Chojny. Choć znał zaledwie kilka polskich słów, bił od niego spokój, który budził w nas szacunek. Nie było w nas nienawiści, tylko wspólne trwanie w powojennym chaosie. Jednak jesień 1948 roku przyniosła coś innego. To był czas, gdy w parafii urzędował już polski kapłan, a my powoli zaczynaliśmy wierzyć, że zostaniemy tu na dłużej. Wtedy zmarł pan Pokrywczyński. Pogrzeb odbywał się na starym niemieckim cmentarzu, tam, gdzie rosną trzy potężne dęby. Cmentarz ten, położony na tarasowym wzniesieniu, dominuje nad całą Rurką. Droga pod górę, zwłaszcza gdy jest rozmokła i błotnista, to dla niosących trumnę prawdziwa męka. Mój tato, który brał udział w uroczystości, widział ten wysiłek czterech mężczyzn, którzy krok po kroku, pod ciężarem dębowej skrzyni, wspinali się na górę. Na jej szczycie, oparty o płot przy zabłoconej drodze, stał nieznajomy. Wyprostowany, ubrany inaczej niż my, z uwagą przyglądał się okolicy. Wyglądał, jakby nie interesował go sam pogrzeb, ale układ zabudowań poniżej, a także linia horyzontu i samo położenie wioski. Kiedy tato zastanawiał się, kim jest ten człowiek, który obojętnym i zarazem badawczym wzrokiem, patrzy na nasz ból, doszło do dramatycznej sceny. Wtedy doszło do dramatycznej sceny. Gdy trumnę położono przy wykopanym dole, wdowa po panu Pokrywczyńskim nagle uniosła dłonie, uciszając księdza. Jej krzyk przeciął ciszę cmentarza: – Nie, nigdy w życiu na niemieckiej części! Jak wrócą Niemcy, to go stąd wyrzucą! Zaczęła głośno płakać. To nie był płacz, a głośny lament. Ksiądz i sąsiedzi długo przekonywali kobietę do pochówku w przygotowanym miejscu. Aż wreszcie uległa i pozwoliła kontynuować ceremonię.
Kiedy uroczystość dobiegła końca i ludzie zaczęli powoli schodzić ze wzniesienia, mój tato nie wytrzymał. Ciekawość była silniejsza niż zmęczenie. Podszedł do nieznajomego, który wciąż stał oparty o płot, błądząc wzrokiem po rozległej przestrzeni – Nie tutejszy pan, co? – zagadnął tato, strzepując błoto z nogawki. Mężczyzna uśmiechnął się blado. Okazało się, że przyjechał z Warszawy, oddelegowany przez Komisję do spraw Nazewnictwa. Miał misję. Znaleźć sensowną dla wioski nazwę, uporządkować dotychczasowy stan powojennych nazw wiosek i miasteczek wzdłuż Odry., z którymi był związany. Po wojnie wiosce nadano nazwę „Trzcinne” i „Trzcino”,1 nadano w pośpiechu i podobnie jak w przypadku innych nadodrzańskich wiosek, coś nie pasowało…. Mężczyzna szukał więc okoliczności, które nadadzą tym nazwom znaczenie i sens. Gdy ojciec z przyjezdnym z Warszawy schodzili ze wzgórza, mężczyzna nagle zatrzymał się przy gęstych zaroślach. Zanurkował w krzaki i po chwili wyciągnął z nich sfatygowaną walizkę. – Nie chciałem jej targać na tę górę – wyjaśnił z lekkim zakłopotaniem. Okazało się, że podróżuje głównie pieszo i, co gorsza, nie ma gdzie spędzić nocy. Powoli zaczął znikać dystans i wywiązała się rozmowa. Tato opowiedział mu o naszej drodze – o pociągu do Lisiego Pola, o mamie, mojej siostrze i o mnie. Ale gdy wspomniał, że on sam jest żołnierzem, który forsował Odrę niedaleko stąd, w oczach urzędnika pojawił się nowy rodzaj błysku, szacunku. – Nie będzie pan spał po krzakach – powiedział nagle tato. – Zapraszam na obiad. Po chwili dodał – I na nocleg. Gość został u nas. Wieczorem, przy skromnym posiłku, słuchaliśmy jego opowieści o stolicy, a on słuchał o Czernielowie. Rano wstał wcześnie, jeszcze przed rosą. Zniknął na kilka godzin w lasach i na łąkach, krążąc wokół wioski, jakby mierzył ją krokami. Kiedy wrócił, usiadł przy stole i popatrzył na tatę z rzadką u urzędników pewnością. – Wie pan co? To „Trzcinno” tu nie pasuje. Trzciny owszem dużo, bo wioska leży wśród mokradeł, otoczona kilkunastoma stawami, przez wioskę przepływa rzeka i dwa jej dopływy, to jednak brzegi nie uginają się od trzciny. Roślinność tutaj jest różna, dzika i zróżnicowana. Mam inny pomysł dla nazwy wioski… Patrzyłem na tę wieś z góry, znad cmentarza, patrzyłem z lasu i z doliny. Ta wioska leży w niecce, otoczona wzgórzami, a każda droga, która do niej prowadzi, spływa w dół. Złożył dłonie, jakby formował z nich rynnę. – Moje serce i rozum mówią to samo: to miejsce przypomina potężną rurę. Z której strony by nie patrzeć, zawsze ten kształt przychodzi na myśl. Od dziś to będzie Rurka. Uczciwa nazwa dla uczciwego miejsca. I tak, dzięki gościnności mojego taty i tej jednej nocy spędzonej pod naszym dachem, nazwa „Rurka” przestała być tylko geometrycznym skojarzeniem, a stała się nową nazwą naszej wioski.
Z tym mężczyzną z Warszawy wiąże się jeszcze jedna ważna historia – historia zdjęcia, które cudem przetrwało do dzisiaj. Kiedy mężczyzna wrócił w południe z pól, gdzie przez kilka godzin szukał sensownego uzasadnienia dla nowej nazwy naszej wioski, miał na szyi duży aparat fotograficzny. Mój tato, który nigdy wcześniej nie widział takiego sprzętu i nie rozumiał, jak to działa, bardzo się nim zaciekawił. Mężczyzna zaczął mu wszystko cierpliwie tłumaczyć, a potem zaproponował: „Zrobię wam zdjęcie”. Tato odpowiedział: „Rodzinne owszem, ale zróbmy zdjęcie wszystkim, którzy mieszkają w Rurce”. Wtedy poszedł do sołtysa. Zwołali ludzi na miejsce, gdzie dzisiaj stoi przystanek PKS.
Ta jedyna, czarno biała, matowa fotografia, którą trzymam dziś w dłoniach, powstała w 1948 roku. Choć pożółkła i podniszczona od częstego kontaktu z ciepłem ludzkich rąk, wciąż żyje w niej tamten dzień. Zatrzymała w kadrze ludzi, których już nie ma, miejsce, które dziś wygląda zupełnie inaczej i tamten moment, który minął bezpowrotnie, a zaznaczył się tak doniosłym zdarzeniem. Miejsce jest dokładnie tym samym punktem, gdzie dziś stoi przystanek PKS-u. W tle, w głębi, wznosi się potężny, murowany z cegły budynek gospodarczy i drzewa, wówczas młode. A przed nimi – cała Rurka. Wszyscy, kto mógł przyjść, stanęli razem, blisko siebie. Popatrzcie na nich uważnie. Kobiety w chustach, mężczyźni w odświętnych ubraniach, z powagą patrzący w obiektyw. Jakby krótko przed tym dniem przyjechali z Czernielowa. Siedzą w kręgu, ich twarze są zmęczone, ale i pełne nadziei. Wśród nich jest także Weronika, która tak opowiada o zdjęciu: – A tam, na ziemi, opieram się o mojego tatę. Mam ukończone cztery lata i uśmiecham się szeroko, uśmiecham się do tego – już znajomego – mężczyzny z aparatem. Ta fotografia to coś więcej niż obraz – to zapis tych pierwszych lat. Dziś, gdy patrzę na tę fotografię, wiem, że jestem ostatnią osobą, która może opowiedzieć imiona tych wszystkich twarzy, i jednocześnie wiem, że matowy kwadrat papieru sprawił, że ich pamięć żyje dalej.


Przyszłam na świat 21 października 1944 roku w Czernielowie Mazowieckim2. Ten dom, w którym się urodziłam, był fundamentem naszej rodziny – ulepiony z gliny i drewna, stał w środku wioski. Rodzice utrzymywali się z pracy w gospodarstwie. Mama, Maria, była stąd z dziada pradziada, wychowała się w domu swojej babki Piotrowskiej. Znaliśmy każdy zakamarek tej ziemi. Nasz dom był częścią uporządkowanego małego i jednocześnie bezpiecznego świata. Po drugiej stronie drogi wieczorami, gdy w oknach płonęły lampy naftowe, przez szyby można było podejrzeć życie sąsiadów. Nasze podwórko było zamkniętą całością: dom, stodoła zbudowana przez tatę Bronisława tuż przed wojną i płot odgradzający sad od reszty świata. Tato planował zbudować jeszcze dom, jednak wojna te plany pokrzyżowała. Na końcu sadu, wśród krzewów porzeczek i agrestu, płynęła rzeka Gniezna3. Była naturalną granicą naszej działki, punktem, w którym nasze gospodarstwo łączyło się z naturą. Tata, Bronisław, był zupełnie z innej bajki – pochodził z Czernichowiec, miejscowości w gminie Iwacewicze4. Jego historia zaczęła się jednak jeszcze dalej, w Żołyni pod Łańcutem5. Tam ziemia była licha, a bieda zaglądała w oczy. Dziadek Andrzej Sowa, ojciec taty, nie chciał godzić się na marny los. Zabrał rodzinę i ruszył szukać szansy dalej. Kupił czterdzieści mórg ziemi w Czernichowcach. Właściciel ziemski, który wyprzedawał tamten majątek, postawił twardy warunek: sprzedam tylko Polakom. I tak dziadek, człowiek uparty, na tej ziemi zaczął budować wszystko od zera. W Czernichowcach gospodarzyli z rozmachem – mieli sporo krów, żyli z pracy rąk, na swoim.


W Rurce, w murach poniemieckiego domu, który dla Marii i Bronisława był wciąż tylko „miejscem postoju”, wuj Jakub Żarkowski rozstawiał swoją opowieść jak mapę. Nie było tutaj miejsca na ckliwe wzruszenia. Była duma ludzi, którzy wiedzieli, jak smakuje ciężka praca i życie. Było to 3 maja, tuż po tym, jak Polska odzyskała niepodległość, Anno Domini 1919 w Czernielowie. Nikt nie czekał na gotowe. Nie było jeszcze Domu Ludowego, więc święto zorganizowano spontanicznie, na centralnym placu wioski. Zaczęło się od ognia. Na plac wjechały wielkie, ciężkie rondle i żeliwne patelnie. Mięso nie pachniało – ono atakowało nozdrza, dusząc się we własnym tłuszczu pod czujnym okiem gospodyń. Do tego piwo. Nie tylko to jasne z pobliskiego browaru, ale przede wszystkim to „swoje”, gęste i mętne, warzone po piwnicach, obok którego stało mocne, cierpkie wino z przydomowych owoców. Ludzie nie przyszli tam tylko patrzeć; przyszli cieszyć się i autentycznie świętować. Przed uroczystością zbudowano tam scenę – prostą i twardą, zbitą z grubych, żywicznych desek. Mieszkańcy sami zorganizowali drewno i własnym transportem przywieźli je na miejsce. Ci, którzy potrafili, skrzyknęli się i wspólnie ją postawili. Scenę ustawiono tam, gdzie rósł podwójny szpaler dębów, w ich cieniu. Nikt nie bawił się w robienie dekoracji – wystarczyło majowe słońce i rzędy twardych ławek, na których siedziało się ramię w ramię. W ten majowy dzień 1919 roku na placu pojawili się też kupcy. Rozstawili swoje stragany wzdłuż szpaleru dębów, a handlowano tam tym, co w gospodarstwie najcenniejsze i najprostsze. Na kramach można było znaleźć domowy chleb, placki drożdżowe i ziemniaczane, sery, a obok nich proste drewniane wyroby, gliniane naczynia i kolorowe wstążki, które dziewczęta chętnie kupowały na święto. Dla dzieci największą radością były domowej roboty cukierki i drewniane zabawki.

Podczas gdy rodzice budowali swoje życie w Czernielowie, losy rodzeństwa ojca potoczyły się zupełnie innymi, tragicznymi torami. Stryj Paweł Sowa, starszy brat taty, gospodarzył na kolonii w Czernichowcach. Tam dosięgnęła go historia, której nie dało się zatrzymać. W oczach nowej władzy – sowieckiej, jego winą było to, że był „u siebie” i na swoim, że był zbyt niezależny. Wywożono go nie dlatego, że komuś zawinił, ale dlatego, że był zbyt zamożny jak na ich nowe porządki. Sowieci bali się takich ludzi – gospodarzy, którzy mieli własne zdanie i posłuch u sąsiadów. Dla nowej władzy tacy jak stryj byli niepotrzebni i niebezpieczni. Wystarczyło, że miałeś o jedną krowę więcej, że dom był z cegły, a nie z gliny. Wystarczyło wreszcie, że potrafiłeś czytać gazetę i jednocześnie opowiedzieć innym, o czym przeczytałeś. To wystarczyło, by stać się wrogiem. 10 lutego 1940 roku, w mroźny dzień masowych wywózek na wschód, sowieci wyprowadzili z domu stryja Pawła wraz z jego żoną – którą poślubił jako wdowę oraz dwojgiem dzieci z jej pierwszego małżeństwa. W czwórkę zostali wywiezieni w głąb Rosji, w zupełnie nieznane. Na zesłaniu, w nieludzkich warunkach, żona stryja zmarła. Sam Paweł przetrwał, by z armią generała Andersa wydostać się z „nieludzkiej ziemi” i przez Bliski Wschód szukać ocalenia. Jego losy splatały się z losem drugiego stryja – Franciszka Sowa. On wyjechał do Ameryki jeszcze wtedy, gdy mój tata był dzieckiem. To właśnie Franciszek, po latach poszukiwań, odnalazł Pawła i ściągnął go do Stanów Zjednoczonych. Jednak amerykański sen w tej rodzinie nie był wolny od cienia wojny. Pasierb stryja Pawła, zaciągnąwszy się do wojska, trafił jako pilot do Wietnamu. Tam zginął, kończąc swoją drogę tysiące kilometrów od Czernichowiec. Z kolei jego siostra, pasierbica stryja, ułożyła sobie życie w nowym świecie – była uderzająco podobna do mojej siostry Genowefy, co przy rodzinnych wspomnieniach zawsze wywoływało ukłucie tęsknoty.
Kiedy spotykali się w naszym domu w Rurce, rozmowy często wracały do czasów, gdy Armia Radziecka maszerowała na Berlin i na krótko zajęła naszą wioskę oraz okolicę. Wzbudzało to dużą ciekawość ludzi. Wszystko zaczęło się od rekonesansu – do wsi weszli młodzi oficerowie, którzy chodzili od domu do domu, jakby szukali czegoś szczególnego. Nie brali pierwszego lepszego miejsca. Szukali domów solidnych, porządnych i bezpiecznych, żeby przygotować kwatery dla najważniejszych generałów. To właśnie w ten sposób, po dokładnym sprawdzeniu wszystkich budynków, wybór padł między innymi na dom wujka Franka, mamy brata. Tak się stało, że w jego solidnych murach, zatrzymał się generał Żukow. Dom wujka stał się przez jakiś czas strefą ograniczonego dostępu. Przed wejściem, całodobowo, stał wartownik. Nie był to jakiś szczególny akt terroru, a raczej wojskowa procedura. Mieszkańcy nauczyli się z tym żyć – po prostu przechodzili na drugą stronę drogi, żeby nie wchodzić w drogę strażnikowi i nie narażać się na niepotrzebne pytania.

Był początek wiosny 1944 roku. Wioska była pełna wojska, a w domu wujka Franka kwaterował, jak już wspomniałam, sam generał Żukow ze swoim sztabem. Właśnie wtedy w odwiedziny do brata przyszedł Piotr, młodszy brat Franka. Piotr nie miał zielonego pojęcia, kto wprowadził się do domu jego brata. Trzeba też pamiętać, że Piotr od jakiegoś czasu zmagał się z chorobą – miewał ataki lęku i stany, w których zamykał się w sobie, niemal zupełnie tracąc kontakt z otoczeniem. W tamten wiosenny dzień był tak pogrążony w swoim świecie, tak nieobecny, że obecność generała, oficerów i całego zgiełku wokół po prostu do niego nie docierała. Przyszedł jak do zwykłego domu, nieświadomy, że to, co widzi, przechodzi do historii. Nieświadomy procedur, szedł prosto w stronę furtki. Wartownik zareagował instynktownie. – Stój! Kuda idziesz?! – krzyknął, a głos był suchy i ostrzegawczy. Piotr szedł dalej, kompletnie nieobecny. – Stój! Priekraszczij! Striliat budu! – zawołał wartownik, przeładowując broń. Dźwięk metalu był w tamtej ciszy aż nadto wyraźny. Piotr nie zareagował. Widziałam tę scenę oczami wyobraźni, gdy mama ją opowiadała: palec na spuście, napięta sylwetka żołnierza. Wszystko zawisło w próżni. Kiedy emocje opadły, a sprawa się wyciszyła, strażnik później wyjaśnił mamie. Był blady, ręce mu drżały. – Miałem strzelać – przyznał cicho, patrząc gdzieś w ziemię. – Nacisnąłem spust, ale automat się zaciął. Uratował go czysty przypadek, bym zabił człowieka przez pomyłkę. Mama płakała, gdy to mówiła – nie z żalu do Rosjan, ale z ulgi, że dom wujka nie stał się miejscem tragedii. Po tej historii w opowieściach zawsze pojawiał się wątek czujek. Kiedy później zaczęły się napady ukraińskich nacjonalistów, organizacja nocnych straży była już tylko naturalnym krokiem, żeby każdy w wiosce czuł się tak bezpiecznie, jak to tylko było możliwe w tamtym niepewnym czasie. Ludzie z wioski wyznaczali się do czujnej obserwacji terenu, patrolowali, trwali na swoich miejscach do czasu, aż przyszedł i zmienił ich kolejny miejscowy ochotnik.
Jak tato trafił do wojska? Dzisiaj, gdy nie żyje już ani tato, ani mama, często zastanawiam się, jak to właściwie było z jego mobilizacją do wojska. Widzę dwie możliwości. Pierwsza: może tato został wciągnięty w szeregi armii, która formowała się na wschodzie, a potem – jako żołnierz tworzącego się Wojska Polskiego – szedł w stronę Berlina. Druga wersja jest taka, że zmobilizowano go na miejscu, gdy front Armii Radzieckiej przechodził przez Czernielów i okoliczne wioski. Wtedy brano do szeregów wszystkich młodych chłopaków z okolicy, bez pytania o zgodę. Nie wiem, która z tych dróg była jego, ale wiem, że w obu przypadkach historia po prostu go zabrała i wciągnęła w swój naturalny stan wojny. Został wciągnięty w tryby armii, która parła na Berlin, ale po drodze los kazał mu zatrzymać się nad Wisłą. Kiedy o tym opowiadał, nie czuć było w nim dumy żołnierza. Czuć było ciężar. Mówił o Warszawie tak, jakby to miejsce było wycięte z rzeczywistości. Opowiadał – Warszawa nie była miastem. Była wysypiskiem gruzu, które jeszcze dymiło. Płynęliśmy tam łodziami w nocy. Nie było rozkazów, po prostu część z nas wzięła wiosła i popłynęła, bo słyszeliśmy, co się tam dzieje. Pamiętał tę jedną dzielnicę, gdzie zabudowa zmieniła się w szkielety. To był dla niego najbardziej wstrząsający widok. Wysokie kamienice, z których zostały tylko ściany zewnętrzne, dziurawe jak sito od pocisków. Stropy leżały na dole, w piwnicach, a to, co zostało w górze, trzymało się na słowo honoru, na wystających prętach zbrojeniowych. – I na jednej z tych ścian, w tej wyrwie, wisiał obraz Jezusa – wspominał. – Duży, olejny, może w złoconej ramie, która też była już pokiereszowana. Wszystko wokół było szare, czarne od sadzy, cegły były zmielone na pył, a ta twarz była jak żywa. Patrzyła na nas z wysokości, z tego trupiego szkieletu budynku. To było nienormalne. W tym miejscu, gdzie śmierć była codziennością, ten obraz był jedyną rzeczą, która wyglądała jakby wciąż należała do świata żywych. Nie umiał tego wytłumaczyć. Nie szukał w tym znaków. Po prostu to zapamiętał – kontrast między apokalipsą miasta a tym jednym, ocalałym wizerunkiem.


Kiedy tata zaczął mówić o forsowaniu Odry, w domu robiło się cicho. To nie były opowieści o wielkich zwycięstwach, które czytano w gazetach. To był konkret, od którego włosy jeżyły się na głowie. Mówił o okolicach Czelina i Gozdowic. Mówił o tym, co widział na własne oczy, gdy rosyjski generał wyznaczał kolejność uderzenia. – Weronika – powtarzał z takim chłodem w głosie, że czułam dreszcz – to nie było dowodzenie. To było wyprawianie nas na rzeź. Opowiadał, jak to wyglądało w praktyce. Rosyjski dowódca nie słał swoich ludzi na pierwszy ogień. Najpierw szliśmy my – Polacy. Mieliśmy rozpoznać teren, sprawdzić, jak Niemcy bronią brzegu, jak gęsty jest ogień z karabinów maszynowych, gdzie są ich punkty oporu. Byliśmy dla nich „przecieraczami szlaku”. – Woda w Odrze… – tu tata zawsze przerywał, jakby brakowało mu powietrza – ona nie płynęła jak rzeka. Ona była czerwona. Czerwona od naszej krwi. Widziałem, jak moi koledzy znikali pod wodą, jak łodzie wywracały się od wybuchów, jak nurt niósł ciała. A my musieliśmy płynąć dalej, bo taki był rozkaz. Dopiero kiedy ta pierwsza fala polskich żołnierzy została zdziesiątkowana, kiedy Niemcy wystrzelali swoją pierwszą amunicję i ujawnili swoje pozycje, wtedy, i dopiero wtedy, ten generał wysyłał do przodu swoich. Już wiedzieli, gdzie strzelać, jak omijać zasadzki, co ich czeka. Mieli drogę oczyszczoną naszą śmiercią. Tata przeżył. Jakim cudem? Sam nie potrafił odpowiedzieć. Mówił tylko, że w tamtym piekle człowiek przestawał myśleć o strachu, a zaczynał działać jak automat. Liczyło się tylko, żeby dobić do drugiego brzegu, żeby nie utonąć w tej krwi, która w tamtym momencie wydawała się jedyną rzeczą, jaka wypełniała rzekę.

Przez ostatnie kilkanaście dni w wiosce powietrze stało się gęste od jednego zdania. Powtarzało się je przy studni, w rozmowach przez płot, w domach, gdzie pakowano dobytek. „Nie zostaniemy w Czernielowie!” – mówili ludzie, patrząc na swoje podwórka tak, jakby chcieli zapamiętać każdy kamień, każdą deskę w stodole. To nie było hasło, to był ciężki, codzienny fakt, który w końcu musiał wybrzmieć. Dziś, z perspektywy czasu, myślę, że ten masowy wyjazd był dla nas – dla mojej mamy i sąsiadów – paradoksalnie lżejszy do zniesienia. Bo wyjeżdżał każdy. Wioska była polska, więc decyzja o odejściu dotyczyła wszystkich. W tych nerwowych dniach, kiedy pakowaliśmy w pośpiechu to, co wydawało się niezbędne, nie było w nas strachu przed „tym drugim”. Nie było lęku przed sąsiadem, który mógłby wejść do naszego domu, gdy tylko zamkniemy za sobą drzwi. Nie było napięcia, które zazwyczaj towarzyszy wysiedleniom, gdy jedni zostają, a drudzy z niecierpliwością czekają, by przejąć ich życie. Zostawialiśmy wszystko – pokolenia dorobku, sady, solidne mury, rzekę Gnieznę. To wszystko zostawało w całości. Z perspektywy mamy i jej bliskich, ta sytuacja była znośniejsza, bo choć traciliśmy swoje miejsce, nikt z nas nie musiał patrzeć, jak obcy ludzie wchodzą w nasze życie, jak kładą się na naszych łóżkach, jak wyciągają ręce po rzeczy, które jeszcze przed chwilą należały do nas. Każdy z nas był w tym samym położeniu. Każdy domykał swoje drzwi z tą samą świadomością, że zostawia za nimi kawał świata, który był nasz, a teraz staje się tylko wspomnieniem. W tym wspólnym odchodzeniu była jakaś dziwna, cicha przyjaźń w nieszczęściu.
Wyjechaliśmy w Matkę Boską Zielną6 – data, która w każdym polskim domu oznaczała święto, dla nas stała się dniem pożegnania z ziemią przodków. Nasza podróż w nieznane zaczęła się na stacji w Borkach7. W jednym wagonie, w którym zbiła się nasza mała wspólnota, jechała babcia – Józefa Piotrowska, mama mojej mamy. Byli z nami dwaj wujowie: Franciszek – inwalida wojenny z żoną Katarzyną i synem Wackiem – oraz Jan Piotrowski. Jan, jako pracownik kolei, nie został zmobilizowany do regularnej armii, co pozwoliło mu pozostać w Czernielowie do samego końca. Nie był to jednak czas biernego wyczekiwania; wykorzystując swoją pozycję i odwagę, Jan stał się jedną z najważniejszych postaci w naszej wiosce. Angażował się w nieoficjalne struktury obronne, współtworząc patrole, które miały chronić nas przed napadami oddziałów ukraińskich. Był dla wszystkich oparciem – człowiekiem, który potrafił połączyć trudną służbę na kolei z walką o przetrwanie naszych rodzin. Oprócz nich byli sąsiedzi, całe wielopokoleniowe rodziny z Czernielowa. Choć miałam wtedy niespełna rok i świata nie rozumiałam, znam tę drogę na pamięć z opowieści, które wracały w naszym domu przez kolejne dziesięciolecia. Pociąg snuł się niemiłosiernie wolno. W Podhajcach skład powiększał się o kolejne wagony, a w naszym ścisku – wśród zwierząt i dobytku – stałam się wspólnym dzieckiem całego wagonu. Nosili mnie na rękach, bawili się ze mną, próbując choć na chwilę odwrócić uwagę od tego, co zostawiliśmy za plecami. Mama miała ze sobą trochę zapasów, które wzięła z domu, ale najważniejsza była krowa – żywicielka, o którą trzeba było dbać nawet w bydlęcym wagonie. Pamiętam z opowieści mamy trasę przez Kraków i Śląsk. Każdy postój na bocznicy był okazją do gorączkowych poszukiwań łąk, gdzie można było narwać trawy dla zwierząt. Jeden taki postój utkwił mamie szczególnie w pamięci. Staliśmy na bocznicy dużego miasta, a w pobliżu, pod strażą uzbrojonych żołnierzy, siedzieli niemieccy jeńcy. Wyglądali strasznie – w obdartych mundurach, wychudzeni, z oczami pełnymi głodu i strachu. Podchodzili do wagonów, prosząc o okruch jedzenia. Żołnierz, który ich pilnował, odwracał głowę, udając, że nic nie widzi. Nasi ludzie, mimo własnej biedy, nie potrafili odmówić. Dzielili się tym, co mieli. Utkwiła mi w pamięci nazwa Mikulczyce8. Po kilku tygodniach jazdy, w końcu, pociąg zatrzymał się w Lisim Polu9. Dokładnie to 26 września pociąg zatrzymał się w Lisim Polu. Chyba już nigdzie dalej nie odjechał, do czasu opuszczenia przez ludzi wagonów.

To był koniec kolei, ale nie koniec drogi. Czekały tam już zorganizowane wcześniej furmanki. Przesiedliśmy się z wagonów na wozy i ruszyliśmy w ostatni etap, by dotrzeć do Rurki.


Mama zajęła duży do przy drodze na stawy. Tato jak wrócił z wojny, szukał, chodził, znalazł opuszczony dom, w którym mieszkam do dzisiaj. W tym domu była piekarnia mała wiejska. W pomieszczeniu kuchni przetrwał piec i wejście do pieca. Długie lata po wojnie przetrwały puchary … co jeszcze mogło przetrwać? Zapach ścian w tych latach po wojnie, kto odwiedził nas, często dzielił się swoim odczuciami, mówił – tutaj pachnie świeżymi bułkami i chlebem. W pucharach kwiaty trzymałam. Piotrowski, Klepajczuk, Ziemba, Żarkowski, Jurkowscy, Lak, Kogut… rodzin przyjechało ponad piętnaście. Szkoła powstała, nauczyciel Józef Orłowski u nas się stołował; śniadania i obiady u nas jadł. Wyjechał po kilku latach z Rurki. Kolejny nauczyciel nazywał się Pawnyk, przyjechał z zoną i dwoma córkami. Ukrywał się, prawdopodobnie był czasie wojny zaangażowany w partyzantce (AK?). Po wojnie pojawił się w jego przypadku problem z ujawnieniem się, obawiał się o konsekwencje. W 1954 roku rozpoczęła pracę Leokadia Siwiera, przejęła po poprzedniku wiejską szkołę w Rurce. Do pomocy przychodziła pani Lizut, w piecach rozpalała, utrzymywała budynek i otoczenie w czystości. Duża klasa, w jednym rzędzie uczniowie klasy pierwszej i drugiej, jednocześnie w tej samej klasie w drugim, równoległym rzędzie ławek uczyli się uczniowie klasy wyższej. Zapamiętałam wycieczki piesze w kierunku stawów, lasu i Jeziora Leśnego. Zajęcia z przyrody. W czwartej klasie mojej nauki, który przypadał na rok 1955., rozpoczęłam naukę w Strzelczynie. Śnieg, mróz czy słońce, gromadka nas dzieci z Rurki szliśmy pieszo do Strzelczyna. Jak się któreś dziecko spóźniło, bywało, że nauczycielka cyrklem uderzała w dłoń za karę. Droga od Chojny w kierunku Strzelczyna to „kocie łby”. Do kościoła chodziliśmy do Chojny, do kościoła ceglanego w pobliżu posterunku. Tato zaprzęgał konia i zawoził na niedzielne nabożeństwo, zabierał pieszych z drogi. Konia stawiał na ulicy Ogrodowej.


Tato odnalazł nas w Rurce. Chodził tak długo i szukał lepszego domu, od tego w którym zamieszkaliśmy. W tym domu, który tato znalazł po powrocie z wojny, najsilniej czuć było ducha poprzednich mieszkańców. Najważniejszym punktem była kuchnia z ogromnym, ceglanym piecem, którego sercem było szerokie wejście – wrota, w których kiedyś wypiekano chleb dla całej wsi. Choć po wojnie zaczęliśmy tu nowe życie, stare ściany nie chciały tak łatwo oddać swojego dawnego charakteru. Poza piecem, w różnych zakamarkach kuchni znajdowaliśmy rzeczy, które po prostu zostały na swoim miejscu: ciężkie, żeliwne łopaty do wyjmowania chleba, które służyły nam później jako pogrzebacze, czy dziwne, metalowe foremki o różnych kształtach, które dla nas, dzieci, były skarbami do zabawy. Najbardziej pamiętam jednak podłogę – w niektórych miejscach była wyślizgana, niemal czarna. Szczególnie po wejściu do domu z dworu, czuć było jak z ciemnych zakamarków wciąż unosi się słodki zapach żytniego ziarna. Dla nas to była zwykła kuchnia, w której mama gotowała obiady, ale goście, którzy nas odwiedzali, często przystawali w progu. Wciągali powietrze i mówili: „Tutaj wciąż pachnie świeżymi bułkami i chlebem!”. Ten zapach, mimo upływu lat, zdawał się trwać w naszym domu, niezależnie od tego, czy byłam w nim sama, czy spędzaliśmy czas rodzinnie. W takich chwilach wyobraźnia budziła się znikąd. Zaczynaliśmy zgadywać: jak wyglądała właścicielka piekarni? Kto stał za ladą – ona sama, czy może jej córka albo synowa? Jakie pieczywo wychodziło z tego pieca? I w końcu, czy ten nasz dzisiejszy ganek to dawny sklep…



- Nazewnictwo przejściowe miejscowości Rurka (gm. Chojna) – w latach 1945–1948 wieś ta funkcjonowała pod tymczasową nazwą Trzcino. Informacja o tym znajduje się w: Słownik współczesnych nazw geograficznych Pomorza Zachodniego z nazwami przejściowymi z lat 1945–1948, praca zbiorowa pod red. Tadeusza Białeckiego, Szczecin 2002, s. 185. ↩︎
- Przypis autora: Czernielów Mazowiecki – miejscowość w powiecie tarnopolskim (dawne województwo tarnopolskie II RP). Warto zaznaczyć, że w literaturze źródłowej miejscowość ta często występuje jako ośrodek rolniczy z silnie zakorzenioną polską społecznością. ↩︎
- Rzeka Gniezna – dopływ Seretu, przepływający przez tereny dawnego powiatu tarnopolskiego. Pełniła funkcję naturalnego separatora gruntów rolnych i gospodarczych w układzie wiejskim. ↩︎
- Czernichowce (gmina Iwacewicze) – miejscowość położona na Polesiu (dawne województwo poleskie). Historia zakupu tej ziemi przez dziadka jest typowym przykładem osadnictwa polskiego na tzw. Kresach, realizowanego często przez osoby przesiedlające się z przeludnionych regionów centralnej Polski. ↩︎
- Żołynia (koło Łańcuta): Miejscowość w województwie podkarpackim, położona w Kotlinie Sandomierskiej. W okresie międzywojennym region ten charakteryzował się wysokim przyrostem naturalnym i dużym rozdrobnieniem gruntów, co zmuszało mieszkańców do emigracji wewnętrznej (w tym na Wołyń i Polesie) lub zarobkowej w poszukiwaniu nowych możliwości egzystencji. ↩︎
- Matka Boska Zielna (15 sierpnia): Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny; w tradycji ludowej to dzień dziękczynienia za plony. Wyjazd w tym dniu był dla mieszkańców Czernielowa symbolicznym końcem ich gospodarowania na Kresach i pozostawieniem dorobku życia. ↩︎
- Stacja Borki: Główny punkt wyjazdowy dla wielu rodzin z tamtego rejonu w ramach akcji wysiedleńczej ludności polskiej z Kresów Wschodnich (tzw. repatriacji) w 1945 roku. ↩︎
- Mikulczyce: Obecnie dzielnica Zabrza na Górnym Śląsku. W 1945 roku rejon ten był kluczowym węzłem przesiadkowym i bocznicą kolejową, na której często zatrzymywały się transporty przesiedleńcze, oczekując na dalszy przejazd w głąb “Ziem Odzyskanych”. ↩︎
- Lisie Pole: Wieś w Polsce położona w województwie zachodniopomorskim, w powiecie gryfińskim, w gminie Chojna. W 1945 roku miejscowość ta, położona przy dawnej linii kolejowej nr 411, stała się punktem docelowym transportu kolejowego dla wysiedlonych rodzin z powiatu tarnopolskiego, skąd osadnicy byli rozdzielani furmankami do pobliskich miejscowości, m.in. do Rurki. Źródło: opracowano na podstawie danych historycznych dostępnych w Wikipedia: Lisie Pole (dostęp: 14 marca 2026 r.). ↩︎
fot. tytułowa: Najważniejsza fotografia. 1948. Historyczna fotografia zbiorowa wykonana po wojnie. Jestem jedyną osobą z tego grona, która żyje …
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.


